sobota, 14 lipca 2012

3. Cuda zaczęły się dziać.

Ostatnio nie mam na nic czasu, ale postawiłam coś szybko nakreślić, coby nikt nie pomyślał, że opuściłam bloga. W ostatni czwartek była u nas Elka. Tak, tak królowa w swojej własnej osobie. Przez trzy miesiące budowali w moim mieście jakąś rzecz. Jaką? Tego nie wiedziałam, ponieważ wszystko było zabudowane tak, że nawet przez szparki nie było nic widać. Aż tu nagle idę pewnego pięknego dnia do pracy i moim oczom ukazał się wielki byk z brązu, z ...wielkimi jądrami. Coby nie było, tak się zainteresowałam, że zrobiłam zdjęcie i pokazałam w pracy :).
A dzisiaj, chcąc rozruszać cztery litery po obfitym angielskim śniadaniu poszłam na miasto. I co zobaczyłam? Ano dwójkę małych dzieciaczków, które waliły z pięści w jądra biednego byka i próbowały ciągnąc za siusiaczka :).

wtorek, 19 czerwca 2012

2. Bo kasjerka jest od kasowania- nie od komentowania!

Owa przygoda, o której zaraz się rozpiszę zdarzyła się nie dalej jak dwa dni temu. Ja rozumiem, że niektórzy lubią się integrować, a zwłaszcza w polskich sklepach, gdzie do osoby starszej mówią na Ty... Mnie to osobiście nie razi może dlatego, że jestem z tego młodszego pokolenia, ale moja starsza o dziesięć lat siostra sobie tego nie życzyła i zwróciła uwagę. Pani ekspedientka niby przeprosiła, a i tak na odchodnym usłyszałyśmy "...ale s...ka".
Przed wczoraj zostałam wysłana po zakupy z racji tego, że miałam kilka dni wolnego. Akurat zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy i poprosiła czybym nie kupiła jej herbatek odchudzających, takich jak Bio Activ 30+ itd. Jako, że zawsze przejeżdża obok mojego domu, powiedziała, że podjedzie i szybciutko odda mi pieniądze. Dla mnie żaden problem. Problem zaczął się wtedy, gdy pomijając kartonowe pudła porozwalane na całej podłodze i schodach, gdzie już dwa razy prawie się zabiłam, poszłam do kasy z herbatkami i poprosiłam o pączka w polewie czekoladowej. Oczywiście dla mnie.
Szanowna Pani Ekspedientka, prychnęła mi śmiechem w twarz. Zdziwiona, zapytałam się grzecznie, cóż to ją tak rozbawiło. Chyba do jej jakże bystrego umysłu doszło, że trafiła kosa na kamień, bo odpowiedziała, że nie, nic się nie stało. Pech chciał, że troszkę mnie to zdegustowało, więc ciągnęłam dalej.
-"Proszę mi powiedzieć, dlaczego Pani się tak śmieje."
-"No, bo tu widzę herbatki na odchudzanie i pączek. Ale wiesz (zwracając się do mnie na Ty) niektórzy tak lubią się dopychać".
Zdenerwowana oparłam się o ladę i z mordem w oczach zapytałam :
-"A czy ja wyglądam jakbym miała trzydzieści lat? (herbatki były przeznaczone dla pań w trzydziestym roku życia)".
-"No, nie".
-"A czy wyglądam jakbym potrzebowała tych herbatek?"
-"Nie".
-"To czego Pani rży? Pani jest od kasowania i uśmiechania się, a nie od komentowania kto, co kupuje, jasne?"
-"To może ja jeszcze jednego pączusia dorzucę, gratis?"
-"Nie. Mój brzusio zadowoli się całkowicie jednym pączusiem!".
Jestem dość kulturalną osobą i bardzo przyjazną w stosunku do ludzi, ale nienawidzę jak ktoś komentuje to, co inni robią, a sam stoi żując gumę jak krowa i ma wszystko w czterech literach. Bo ekspedientka jest od kasowania - nie od komentowania.

niedziela, 27 maja 2012

1. Czarna owca w pracy

Zanim cokolwiek napiszę, to chciałabym powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z opuszczenia takiego portalu jak Onet, gdzie praktycznie rzecz ujmując - prawie-nabawiłam się nerwicy.
W pracy jak w pracy. Myślałam, że gorzej już być nie może. Serce mi pękło, nerwy puściły i posypały się niemiłe uwagi. Dlaczego? 
Ci, którzy odwiedzali mojego bloga na Onecie, wiedzą o istnieniu pewnej starszej Pani (no może nie aż tak starszej, bo czterdziesto siedmio letniej) , bliskiej sąsiadki Polski, która poza tym, że jest szybka pod względem pracy, zasługuje na miano Potwora Roku. 

Na początku wydawała się miła, bo i kawę przyniosła do biura, i ciasto upiekła, i z chęcią rozmawiała na różne tematy. Ot. Taka ciocia dobra rada. Z czasem zaczęła robić, to nachalnie, ale nie chciałam być niegrzeczna, więc jak dawała, to brałam. Problem się zaczął, kiedy okazało się, że to ode mnie zależy, czy przyjdzie na następny dzień do pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że w mojej firmie nie zawsze mamy urwanie głowy. Przyjęliśmy parę osób na stałe, a z reszty utworzyliśmy ludzi Bank Staff. Jednym słowem, jak potrzebujemy więcej rąk do pracy, to dzwonimy po takich ludzi i pytamy się czy chcą przyjść jutro, czy tam pojutrze i nam pomóc. Dziwiłam się czemu ona od trzech lat jest na Bank Staff, ale nie wnikałam w szczegóły. Widocznie tak chciała. 
W tym roku pogoda niezbyt w Anglii dopisuję, więc i pracy jest mniej, a ludzi niestety coraz więcej. Rozpoczął się wyścig szczurów. Owszem, ta kobieta jest bardzo dobrym pracownikiem. Bardzo szybkim i zręcznym, chociaż pod względem fizycznym trochę zostaje w tyle, ale ja byłam z niej zadowolona. Do czasu. Zaczęło się przychodzenie do biura i pytania "Kiedy będzie praca?", "A nie zapomnisz o mnie", "Weź mnie  w pierwszej kolejności, pamiętaj!". Potem plotki, które mnie nie interesowały "A bo ta spała z tym", "A bo ten się rozwodzi, bo ta go zdradziła". Kablowanie "Ta i ta rozmawiają" (od kiedy w naszej firmie istnieje zakaz rozmawiania?), podczas gdy to właśnie ją było słychać najgłośniej, "A bo ta, jak czyściła doniczki to zostawiła kilka korzeni"- takie typowe dziecinne oskarżenia. Żeby było mało, przychodziła do pracy o 7 rano (a zaczynaliśmy 7.50) i sprzątała mi biuro, wyrzucając połowę ważnych dokumentów do kosza na śmieci! A potem musiałam się tłumaczyć przed menagerami i wysłuchiwać, że jak tak można. Chciałam być delikatna i wytłumaczyłam jej, że nie może sobie z mojego biura robić hotel pięciogwiazdkowy, bo ostatnio zginęły ważne faktury i znów dostałam opiernicz. Nie pomogło. Zrobiło się jeszcze gorzej. Codzienne kablowanie, wyzywania w moim języku innych dziewczyn, chwalenie się jakim to ona nie jest dobrym pracownikiem i wymuszaniem na mnie, żebym tylko ją wołała do pracy. Wzięłam moją biblię (prawa pracodawcy i pracownika) i choćbym chciała ją zwolnić, bo zachowywała się karygodnie, to nie mogłam! Gdybym tak o  dała jej wypowiedzenie, bo przeklina, to miałaby prawo pozwać mnie do sądu! W sumie, to nie jest żaden powód. Musiałam znaleźć jakiś świadków. Na szczęście nie czekałam długo. Ludzie zaczęli się skarżyć, że z nią nie idzie pracować. Że zachowuje się jak szef, obraża inne dziewczyny, ciągle się drze, przeklina. Doszło do tego, że ludzie zwyczajnie w świecie przestali przychodzić do pracy! Oczywiście psy zaczęła też wieszać na mnie, bo nie mogłam pozwolić firmie stracić tak wielu osób i najzwyczajniej w świecie dzwoniłam po nią tylko w krytycznych sytuacjach. Rozmawiałam na ten temat z moim przełożonym i wyraził na to zgodę. 

I teraz wielki finał! Przed wczoraj słoneczko wyszło na niebo, więc wezwałam ludzi do pracy. O dziwo, wszyscy przyszli na czele z rozdartą jak stare prześcieradło, panią A. I nagle jak grom z jasnego nieba dostaję wiadomość, że dwie bardzo dobre dziewczyny odchodzą, ponieważ nie chcą pracować jako Bank Staff. Oczywiście my liczymy się z tym, że nie każdemu będzie to odpowiadać, ale jak to baby, rozkleiłyśmy się, bo było nam razem dobrze. Nie chcą odchodzić, ale nie mają wyboru. Wtedy przypominam sobie, że jakiś tydzień temu wywiesiłam ogłoszenie, że potrzebuję dwójkę osób, które pójdą na traktory. Niestety mieliśmy już na to miejsce potrzebne osoby, ale pytam się ich czemu one się nie zgłosiły. Co się okazało? Że pani A. powiedziała, jakobym ja nie lubiła jak się ktoś o takie rzeczy pyta! Ja kompletny szok, dziewczyny zapłakane, bo druk P45 już w drodze i co teraz? Nie wytrzymałam. Wezwałam stare babsko do siebie, powiedziałam parę przykrych słów, co na jej temat sądzę. Wygarnęłam to, że już żaden dział jej nie chce, a na koniec wlepiłam Warning. Jeszcze jeden raz i wylatuje z pracy. A teraz tak szczerze? To wyleciała wczoraj (over time), bo obrobiła mi i mojemu menagerowi tyłek, a na jej nieszczęście mieliśmy właśnie spotkanie i przechodziliśmy obok niej.
 
Nowe życie młodej emigrantki... - Blogger Templates, - by Templates para novo blogger Displayed on lasik Singapore eye clinic.